Nigdy nie byłem popularny, ale chciałem. Wymarzyłem sobie
zostać reżyserem filmowym, pragnąłem tego najbardziej na świecie. Jednak bałem
się. Ograniczali mnie ludzie – rodzice, znajomi, nauczyciele. Nie rozumieli
mojego toku myślenia. Nie chcieli sobie wyobrazić, że wszystko wokół jest dla
mnie inspiracją. Nie chcieli patrzeć, kiedy pokazywałem im nakręcone filmiki.
Mówili mi, abym znalazł sobie pożyteczniejsze zajęcie, został lekarzem, tak jak
ojciec. Ale ja ich nie słuchałem i myślę, że przez to spotkało mnie najgorsze,
co może się zdarzyć w życiu. Chcecie wiedzieć, co się stało? Zatem cofnijmy się
w czasie…
Pamiętam ten dzień. To było dwa lata temu. Przeniosłem się z
rodzicami z Amsterdamu do Nowego Jorku. Wprowadziliśmy się do bloku niedaleko
Central Parku. W głębi serca cieszyłem się z przeprowadzki. Nowy Jork – można
powiedzieć, że tutaj rodzą się talenty. Idealne miejsce dla kogoś takiego jak
ja. Dobrze, że rodzice tego nie wiedzieli. Myśleli, że jeśli odizolują mnie od
starych znajomych to zmienię zainteresowania. Pomylili się.
Po rozpakowaniu się wziąłem kamerę i wyszedłem z domu.
Zawędrowałem do Central Parku, szukając natchnienia na kolejny film.
Spacerowałem po dróżkach, nagrywałem ptaki, drzewa, ludzi. Zauważyłem boisko do
koszykówki. Pomyślałem, że przydałoby się kogoś poznać, więc tam podszedłem. Na
jednej z ławek siedziały trzy dziewczyny. Śmiały się, pokazując na dziewczynę,
która jeździła po boisku na rolkach i jeżdżąc tak w kółko, próbowała wrzucać
piłkę do kosza. Zaciekawiło mnie to. Śmiały się z niej? A może były to jej
przyjaciółki? Jako, że z natury byłem odważny, zagadałem do nich:
- Wiecie, kto to jest?
Popatrzyły się na mnie ze zdziwieniem. Rzuciłem im pytające
spojrzenie.
- Powiemy Ci, jeśli powiesz nam, kim Ty jesteś. Nie
widziałam Cię tu jeszcze. – zachichotała szatynka.
- Umm, Justin Bieber. Właśnie się przeprowadziłem.
- Ja jestem Katherine
Burns, a to są Cindy i Mindy. – powiedziała szatynka, znowu. – Ach, chciałeś
wiedzieć, kim jest O N A? To totalna idiotka. Nie zadawaj się z nią, jeśli
chcesz mieć jakichkolwiek znajomych.
- Czemu? Wydaje się miła. – zaapelowałem.
- Właśnie, W Y D A J E. – odpowiedziała Katherine.
- Dziewczyny! Zostawcie go w spokoju. Nowy w mieście i już
na niego naskoczyłyście? Darowałybyście sobie.
Skąd wiedziała, że jestem nowy? Zdziwiony spojrzałem w lewo.
W naszym kierunku jechała na rolkach uśmiechnięta blondynka o kręconych
włosach. Kozłowała piłkę.
- Ciekawe połączenie – rolki i kosz. Muszę kiedyś spróbować.
– uśmiechnąłem się.
- Totalnie głupie. Zupełnie jak ona. – powiedziała Mindy.
- Och, też Cię kocham, Mindy! – zaśmiała się… no właśnie,
kto?
- Jak masz na imię? – spytałem.
- Lucy Sanders, miło mi Cię poznać. – podała mi rękę blondynka.
- Ja jestem Justin.
Uśmiechnęła się do mnie. Jej uśmiech był taki zaraźliwy. Miała
śliczne oczy. Niebieskie jak szmaragd. Błyszczące. Głębokie. Patrzyłem się na
nią, a ona na mnie. Nasze milczenie było straszliwie dziwne. Czułem się tak,
jakbyśmy już kiedyś się znali. A może tylko teraz tak mi się wydaje? Byłem nią
oczarowany, więc do końca nie pamiętam, co się wtedy działo. Po prostu się na
siebie patrzyliśmy. Na jej twarzy pojawiły się rumieńce. W pewnym momencie
przestała się uśmiechać i odjechała.
Katherine, Cindy i Mindy popatrzyły się na mnie.
- Trochę z Ciebie dziwak, ale może to z czasem zniknie.
Przyjdź dzisiaj na moją imprezę. Wyślę Ci adres na facebooku. Ciao! –
powiedziała Katherine na pożegnanie i odeszła ścieżką razem ze swoją „świtą”.